identyfikatory -
spokojnie. Oberżysta głośno przełknął ślinę.
- Pokaż mi pieniądze - zażądał.
- Oczywiście, ziomku. A potem pójdziemy na górę rozejrzeć się po okolicy.
- Musimy być ostrożni. Przy tej mgle nie sposób dostrzec nadchodzących strażników.
- Zajmę się tym.
- Tylko bez zabijania! Ta karczma jest całkiem miła, dzięki niej mam co włożyć do garnka. A jeżeli ktoś zabije tu strażnika, będę musiał ją zamknąć.
- Nie martw się, ziomku. Nie mam zamiaru nikogo zabijać dzisiejszej nocy.
Poddasze było zakurzone i sprawiało wrażenie rzadko używanego. Oberżysta ostrożnie otworzył okno w szczytowej ścianie i usiłować coś dojrzeć w gęstym oparze. Za jego plecami Sparhawk zaszeptał po
styricku i uwolnił zaklęcie. Wyczuł tam, we mgle, obecność człowieka.
- Ostrożnie - powiedział cicho. - Nadchodzi strażnik.
- Nikogo nie widzę.
- Słyszę go - rzekł Sparhawk. Nie było potrzeby wdawać się w zawiłe wyjaśnienia.
- Masz dobry słuch, przyjacielu.
Czekali obaj w ciemności, dopóki zaspany strażnik nie przeszedł mimo i nie zniknął we mgle.
- Pomóż mi. - Oberżysta dźwignął jeden koniec ciężkiej belki na parapet. - Przerzucimy ją na mur i przejdziesz po niej. Potem rzucę ci koniec tej liny. Jest tu umocowana, a więc będziesz mógł się po niej ześliznąć.
Przesunęli belkę nad uliczką przylegającą do muru otaczającego miasto.
- Dzięki, ziomku
- rzekł Sparhawk. Wspiął się na belkę i centymetr po centymetrze, ostrożnie dotarł do jej końca. Potem złapał zwój liny, która wyłoniła się z mglistej ciemności. Spuścił ją z muru i zsunął się na dół. Po chwili był już za miastem. Lina zniknęła wessana we mgłę i dobiegł go odgłos wciąganej belki.
- Bardzo sprytne - mruknął do siebie, oddalając się chyłkiem od miejskich murów. - Muszę zapamiętać to miejsce.
Mgła trochę utrudniała określenie kierunku, ale trzymając się majaczącego po lewej stronie muru mógł mniej więcej zorientować się, dokąd idzie. Ostrożnie stawiał kroki. Noc była spokojna i panująca dookoła cisza
zwielokrotniłaby identyfikatory każdy uczyniony nierozważnie hałas.
Wtem przystanął. Instynkt nigdy go nie zawodził. Wiedział, że jest obserwowany. Powoli wyciągnął miecz z pochwy uważając, aby nie zadzwonił. Z mieczem w jednej, a włócznią w drugiej ręce stał usiłując wzrokiem przebić mgłę i ciemności nocy.
Wreszcie to ujrzał: Ledwie żarzyło się w ciemności. Było tak słabe, że większość ludzi nie zwróciłaby na to uwagi. Ognik zbliżył się i rycerz stwierdził, że miał zielonkawy odcień. Sparhawk zamarł w bezruchu i czekał.
Przez mgłę szła jakaś postać, niewyraźna, ale rzeczywista. Wydawało się, że jest odziana w czarną szatę z kapturem, spod którego sączył się ów
słaby blask. Postać była dość wysoka i sprawiała wrażenie nienaturalnie chudej, prawie szkieletu. Sparhawkiem wstrząsnął zimny dreszcz. Zamruczał po styricku, poruszając palcami na rękojeści miecza i drzewcu włóczni. Uniósł włócznię i uwolnił zaklęcie. Zaklęcie było stosunkowo proste i miało pomóc w zidentyfikowaniu majaczącego we mgle kształtu.
Sparhawk z trudem się opanował, by nie krzyknąć ze zgrozy, gdy poczuł zło emanujące z postaci ukrytej w mroku. Cokolwiek to było, nie było istotą ludzką.
Po chwili z mroków nocy dobiegł go upiorny, metaliczny chichot. Postać zawróciła i oddaliła się. Szła pokracznie, jakby jej kolana zginały się do tyłu. Rycerz nie ruszył się
z miejsca, dopóki wrażenie zła nie odpłynęło. Czymkolwiek to było, odeszło.
- Zastanawiam się, czy to nie jest kolejna niespodzianeczka Martela - mruknął Sparhawk pod nosem. Martel był renegatem, wyklętym rycerzem Zakonu Pandionu. On i Sparhawk niegdyś przyjaźnili się, ale to było dawno temu. Teraz Martel pracował dla prymasa Anniasa i to właśnie on dostarczył truciznę, którą Annias omal nie zabił królowej.
Sparhawk bezszelestnie podążał dalej, nadal trzymając w pogotowiu miecz i włócznię. W końcu dostrzegł pochodnie znaczące zamkniętą wschodnią bramę miasta i dzięki nim ustalił, że cel, do którego zmierzał, jest już blisko.
Nagle usłyszał za sobą ciche sapanie, przypominające
-
|