katalog stron -
nie jest kolejna niespodzianeczka Martela - mruknął Sparhawk pod nosem. Martel był renegatem, wyklętym rycerzem Zakonu Pandionu. On i Sparhawk niegdyś przyjaźnili się, ale to było dawno temu. Teraz Martel pracował dla prymasa Anniasa i to właśnie on dostarczył truciznę, którą Annias omal nie zabił królowej.
Sparhawk bezszelestnie podążał dalej, nadal trzymając w pogotowiu miecz i włócznię. W końcu dostrzegł pochodnie znaczące zamkniętą wschodnią bramę miasta i dzięki nim ustalił, że cel, do którego zmierzał, jest już blisko.
Nagle usłyszał za sobą ciche sapanie, przypominające odgłosy wydawane przez węszącego psa. Ponownie dobiegł go metaliczny chichot. Przeszukał pośpiesznie
zakamarki pamięci w poszukiwaniu lepszego określenia. To był nie tyle chichot, co rodzaj poświstywania; dźwięk jeżący włosy na głowie. Jeszcze raz dotarło do niego uczucie wszechogarniającego zła i odpłynęło znowu.
Sparhawk skręcił nieznacznie, oddalając się od murów i zamglonych pochodni przy miejskiej bramie. Po blisko piętnastu minutach ujrzał majaczący tuż przed nim zarys siedziby Zakonu Pandionu.
Położył się na mokrym od mgły torfie i począł ponownie splatać zaklęcie penetrujące. Uwolnił je i czekał.
Nic.
Wstał, schował miecz i ostrożnie ruszył naprzód. Siedziba zakonu, przypominająca swoim wyglądem warowny zamek, była jak zawsze obserwowana. Gwardziści prymasa, przebrani za brukarzy, obozowali niedaleko
katalog stron głównej bramy. Wokół ich namiotów ostentacyjnie ułożono piramidy z kamieni służących do budowy drogi. Sparhawk obszedł obozowisko, skierował się do tylnej ściany zamczyska i ostrożnie ruszył przez głęboką, na! szpikowaną palami fosę.
Lina, po której zsunął się na dół opuszczając siedzibę zakonu, j nadal dyndała ukryta za krzakami. Szarpnął ją kilkakrotnie upewniając się, że jej górny koniec nadal mocno się trzyma. Następnie zatknął włócznię za pas, ujął linę w dłonie i pociągnął mocno w dół.
Z góry dobiegł go zgrzyt haka wbitego w kamienny mur.
Rozpoczął wspinaczkę.
- Kto tam jest? - usłyszał nad sobą ostry głos.
Brzmiał młodzieńczo i znajomo.
Zaklął pod nosem. Wtem poczuł, że ktoś szarpie linę.
- Bericie, nie ruszaj! - rzucił, wspinając się co sił.
- Pan Sparhawk? - zapytał zdumiony nowicjusz.
- Nie szarp liny. Te pale, tam poniżej, są bardzo ostre.
- Pomogę, dostojny panie.
- Dam sobie radę. Tylko nie rusz tego haka - mruknął Sparhawk. Berit chwycił go za ramię i pomógł wdrapać się na mur. Rycerz, mokry od potu, dyszał ciężko. Wspinaczka po linie, kiedy ma się na sobie kolczugę, wymaga sporo wysiłku.
Berit był wielce obiecującym nowicjuszem w Zakonie Pandionu. Wysoki, solidnie zbudowany młodzieniec, odziany w kolczugę i
prosty płaszcz, noclegi lubelszczyzna dzierżył w dłoni ciężki topór bitewny. Był dobrze wychowany, toteż nie zadawał żadnych pytań, chociaż oczy płonęły mu ciekawością. Sparhawk spojrzał w dół, na dziedziniec klasztoru. W drżącym blasku pochodni ujrzał Kurika i Kaltena. Obaj przypasywali miecze, a odgłosy dobiegające ze stajni świadczyły, iż siodłano im właśnie konie.
- Nie oddalajcie się! - zawołał.
- Sparhawku, co ty tam robisz? - spytał zdumiony Kalten, potężny, jasnowłosy mężczyzna w czarnej zbroi pandionity.
- Sprawdzałem, czy nadaję się na włamywacza - odparł rosły rycerz oschle. - Zostańcie tam. Zaraz do was zejdę. Bericie,
chodź ze mną.
- Powinienem
pełnić wartę, dostojny panie Sparhawku.
- Wyślemy kogoś, żeby cię zastąpił. Sprawa jest poważna. - Sparhawk poprowadził go do kamiennych schodów wiodących z murów na dziedziniec.
- Gdzie byłeś, Sparhawku? - dopytywał się nerwowo Kurik, gdy znaleźli się na dole. Giermek Sparhawka był jak zwykle ubrany w skórzany długi kaftan bez rękawów, a jego muskularne ramiona i barki połyskiwały w pomarańczowym świetle pochodni rozjaśniających dziedziniec. Mówił przyciszonym głosem, tak jak zwykle rozmawiają ludzie nocą.
- Musiałem iść do katedry - rzekł Sparhawk spokojnie.
- Czyżbyś się nagle stał pobożny? - zapytał Kalten z niedowierzaniem.
- Niezupełnie. Pan Tanis umarł. Jego
noclegi lubelszczyzna -
|