nowości - sandlådor -
będziemy ci więcej zawracać głowy.
- Jeszcze jedno, wielebny ojcze - wtrącił Kalten. - Czy moglibyśmy prosić cię o trochę prowiantu? Już od pewnego czasu jesteśmy w podróży i zapasy nam topnieją. Nie chodzi nam o żadne frykasy, raptem kilka pieczonych kurczaków, ze dwie szynki, kawałek bekonu i być może zadnią ćwiartkę wołu...
- O-oczywiście, szlachetny pa-panie - zgodził się opat pośpiesznie.
Sparhawk skreślił kilka słów do Dolmanta, a Kurik z Kaltenem załadowali prowiant na juczne konie.
- Musiałeś to zrobić? - zapytał Sparhawk Kaltena, kiedy odjechali z klasztoru.
- Wspieranie bliźnich jest cnotą główną, Sparhawku - odparł Kalten podniosłym tonem. -
Zachęcam do niej zawsze, gdy mam ku temu okazję.
Okolica, którą przemierzali, robiła się coraz bardziej wyludniona. Gleba była marna, zdolna wykarmić jedynie zarośla ciernistych krzewów i chwasty. Tu i ówdzie mijali stawy okolone z rzadka rachitycznymi drzewkami. Niebo zaciągnęło się chmurami i przez resztę dnia jechali w ponurym, nowoĹ›ci popołudniowym świetle.
Kurik na swoim wałachu zbliżył się do Sparhawka.
- Pogoda niezbyt zachęca do podróży, prawda? - zauważył.
- Tak, robi się dość paskudnie - przyznał Sparhawk.
- Dzisiejszej nocy będziemy musieli rozbić gdzieś obozowisko. Konie niemal padają ze zmęczenia.
- Dobrze - zgodził się Sparhawk. - Sam nie czuję się zbyt
rześko. - Oczy go piekły i bolała głowa.
- Tylko że ja już od godziny nie widziałem czystej wody. Może pojechałbym z Beritem rozejrzeć się za jakimś strumieniem lub źródłem?
- Jedź, ale bądź czujny - ostrzegł Sparhawk. Kurik obrócił się w siodle.
- Bericie! - zawołał. - Jesteś mi potrzebny. Sparhawk z pozostałymi jechali dalej kłusem, a giermek i nowicjusz wysforowali się naprzód.
- Nie powinniśmy robić teraz przystanku w drodze - powiedział Kalten.
- Musimy, chyba że chcesz przed nastaniem ranka iść na piechotę - odparł Sparhawk. - Kurik ma rację. Konie mają już niewiele sił.
- Tak, to prawda.
Wtem ze
sandlĂĄdor zbocza pobliskiego wzgórza zjechali Kurik i Berit w pełnym galopie.
- Gotuj się! - zawołał Kurik, wyciągając swą straszliwą broń, kolczastą kulę na łańcuchu i drągu. - Mamy towarzystwo!
- Sephrenio. schowaj się z Flecikiem za tamtymi głazami! - krzyknął Sparhawk. - Talenie, zabierz juczne konie! - Obnażył miecz i wysunął się na czoło, nim pozostali zdołali sięgnąć po swoją broń.
Napastników było około pięćdziesięciu. Pojawili się na szczycie wzgórza i popędzili w dół. Stanowili dziwaczny oddział - gwardziści w czerwonych mundurach jechali wraz ze Styrikami odzianymi w zgrzebne tuniki i kilkoma wieśniakami. Wszyscy mieli pobladłe twarze i nieobecne
spojrzenia. Atakowali bez chwili wahania, chociaż stawiali czoło ciężko uzbrojonym Rycerzom Kościoła.
Drużyna Sparhawka rozdzieliła się, szykując do przyjęcia ataku.
- Za Boga i Kościół! - zawołał Bevier, wywijając halabardą. Spiął konia ostrogami i wpadł prosto w środek atakujących. Sparhawka zaskoczył nagły manewr młodego cyrinity, ale szybko otrząsnął się i pośpieszył agencja public relations mu z pomocą. Okazało się jednak, że Bevierowi wsparcie nie jest potrzebne. Tarczą odparowywał ciosy niezdarnie wyciąganych przez napastników mieczy, a jego halabarda śmigała w powietrzu zatapiając się głęboko w ciałach wrogów. Chociaż zadawał im straszliwe rany, spadali z siodeł bez krzyku. Walczyli i umierali
nie wydając najmniejszego głosu. Sparhawk jechał za Bevierem, ścinając każdego, kto próbował zaatakować cyrinitę od tyłu. Prawie przepołowił mieczem gwardzistę, ale człowiek w czerwonym mundurze nawet nie jęknął. Następny uniósł miecz, aby ugodzić Beviera w plecy, lecz Sparhawk z zamachem ciął go w głowę. Gwardzista spadł z siodła i legł w drgawkach na zbroczonej krwią trawie.
Kalten i Tynian oskrzydlili napastników i przedzierali się do środka, tnąc na prawo i lewo, a Ulath, Kurik i Berit przechwytywali nielicznych ocalałych, którzy próbowali uciec.
Wkrótce ziemia pokryła się ciałami w czerwonych mundurach i zakrwawionych białych, styrickich tunikach. Konie bez jeźdźców uciekały
agencja public relations -
|