biuro rachunkowe - usługi rachunkowe -
i wysunął się na czoło, nim pozostali zdołali sięgnąć po swoją broń.
Napastników było około pięćdziesięciu. Pojawili się na szczycie wzgórza i popędzili w dół. Stanowili dziwaczny oddział - gwardziści w czerwonych mundurach jechali wraz ze Styrikami odzianymi w zgrzebne tuniki i kilkoma wieśniakami. Wszyscy mieli pobladłe twarze i nieobecne spojrzenia. Atakowali bez chwili wahania, chociaż stawiali czoło ciężko uzbrojonym Rycerzom Kościoła.
Drużyna Sparhawka rozdzieliła się, szykując do przyjęcia ataku.
- Za Boga i Kościół! - zawołał Bevier, wywijając halabardą. Spiął konia ostrogami i wpadł prosto w środek atakujących. Sparhawka zaskoczył nagły manewr młodego cyrinity, ale szybko
otrząsnął się i pośpieszył mu z pomocą. Okazało się jednak, że Bevierowi wsparcie nie jest potrzebne. Tarczą odparowywał biuro rachunkowe ciosy niezdarnie wyciąganych przez napastników mieczy, a jego halabarda śmigała w powietrzu zatapiając się głęboko w ciałach wrogów. Chociaż zadawał im straszliwe rany, spadali z siodeł bez krzyku. Walczyli i umierali nie wydając najmniejszego głosu. Sparhawk jechał za Bevierem, ścinając każdego, kto próbował zaatakować cyrinitę od tyłu. Prawie przepołowił mieczem gwardzistę, ale człowiek w czerwonym mundurze nawet nie jęknął. Następny uniósł miecz, aby ugodzić Beviera w plecy, lecz Sparhawk z zamachem ciął go w
głowę. Gwardzista spadł z siodła i legł w drgawkach na zbroczonej krwią trawie.
Kalten i Tynian oskrzydlili napastników i przedzierali się do środka, tnąc na prawo i lewo, a Ulath, Kurik i Berit przechwytywali nielicznych ocalałych, którzy próbowali uciec.
Wkrótce usĹ‚ugi rachunkowe ziemia pokryła się ciałami w czerwonych mundurach i zakrwawionych białych, styrickich tunikach. Konie bez jeźdźców uciekały z miejsca potyczki, rżąc w panice. Zazwyczaj w takiej sytuacji, gdy napastnicy widzieli, co przytrafiło się ich kompanom, uciekali bez chwili wahania. Jednakże ci ludzie o martwych twarzach bez wyrazu wciąż atakowali. Obrońcy musieli wybić ich do nogi.
-
Sparhawku! - zawołała Sephrenia. - Spójrz!
Czarodziejka wskazywała na szczyt wzgórza, z którego nastąpił atak. Stał tam koń niosący na grzbiecie wysoką, wychudzoną postać w czarnej szacie z kapturem, spod którego emanowała zielonkawa poświata.
- To coś zaczyna mnie już denerwować - powiedział Kalten. - Jeśli chcesz pozbyć się owada, najlepiej go rozdepcz. - Uniósł tarczę i spiął rumaka ostrogami. kubki Ruszył galopem wygrażając uniesionym wysoko mieczem.
- Nie! Kaltenie! - krzyknęła Sephrenia głosem pełnym trwogi.
Jasnowłosy rycerz nie zwracał uwagi na jej ostrzeżenie. Sparhawk zaklął i pognał za przyjacielem.
Postać na szczycie wzgórza wykonała drobny, niemal wzgardliwy gest.
Nagle Kalten został wyrzucony z siodła przez jakąś niewidzialną siłę. Sparhawk zauważył z odrazą, że to, co wyłoniło się spod czarnej szaty, nie było ręką, a bardziej przypominało swoim wyglądem kleszcze skorpiona.
Sparhawk niczym zauroczony nie mógł oderwać oczu od dziwnej postaci, nawet wtedy, gdy zeskoczył z Farana i śpieszył z pomocą Kaltenowi. Jakimś sposobem Flecik umknęła spod czujnego oka Sephrenii i stanęła u podnóża wzniesienia. Tupnęła władczo ubrudzoną trawą stópką. Do ust przyłożyła fujarkę. Melodia, którą z hotele kielce niej dobyła, była surowa i pełna dysonansów; wydawało się, że towarzyszy jej olbrzymi chór ludzkich
głosów. Zakapturzona postać na szczycie wzgórza zachwiała się w siodle, jakby ugodzona potężnym ciosem. Melodia małej Flecik stawała się coraz głośniejsza, a niewidzialny chór śpiewał w potężnym crescendo. Dźwięk był tak donośny, że Sparhawk musiał zasłonić uszy. Pieśń osiągnęła poziom fizycznego bólu.
Postać na wzgórzu wrzasnęła przeraźliwym, nieludzkim głosem i zaszczękała szczypcami uniesionymi do zakapturzonej głowy. Raptem zawróciła konia i uciekła w dół przeciwległego zbocza.
Nie było czasu na pościg za potworem. Kalten leżał na ziemi z trudem łapiąc oddech. Twarz miał pobladłą, a ręce przyciskał do brzucha.
- Jak się czujesz? - dopytywał się Sparhawk, klękając
kubki - hotele kielce -
|