hotele kielce -
trzymają ramiona. Na pewno jest pandionitą.
- Co robi na ulicy o tej porze?
- Tego właśnie mamy się dowiedzieć. Prymas chce mieć dokładne raporty o ich wszelkich ruchach.
- Ogarnia mnie lekki niepokój na myśl, że w tę mglistą noc
skradamy się za pandionitą. Oni wszyscy posługują się czarami i potrafią wyczuć czyjąś obecność. Nie chciałbym, aby jego miecz zatopił się w moich trzewiach. Czy ty w ogóle widziałeś jego twarz?
- Nie. Miał naciągnięty kaptur, więc twarz była ukryta w cieniu.
Obaj skradali się ulicą nie zdając sobie zupełnie sprawy z faktu, że ich życie zawisło na włosku. Gdyby któryś z nich przyznał,
że widział twarz Sparhawka, obaj byliby martwi. W tych sprawach Sparhawk był bardzo pragmatyczny. Odczekał, aż kroki ucichną w dali, skierował się do skrzyżowania i skręcił w boczną uliczkę.
W oberży nie było nikogo poza właścicielem, drzemiącym z nogami na stole i rękoma założonymi na brzuchu. Oberżysta był mężczyzną tęgim, nie ogolonym, odzianym w brudny kitel.
- Dobry wieczór, ziomku - zagadnął go Sparhawk. Oberżysta otworzył jedno oko.
- Bardziej pasowałoby: dzień dobry - mruknął.
Sparhawk rozejrzał się dookoła. Ta oberża była typowym miejscem, gdzie zbierało się pospólstwo. Niska, belkowana powała pociemniała od dymu, w głębi izby stał szeroki szynkwas. Stołki i hotele
kielce ławy były mocno sfatygowane, a trocin pokrywających podłogę nie zmiatano i nie wymieniano od miesięcy.
- Zdaje się, że to spokojna noc - zauważył rycerz.
- Zawsze jest spokojnie o tej porze, przyjacielu. Czego sobie życzysz?
- Masz arcjańskie czerwone?
- Arcium słynie ze swej winorośli. Nikomu nigdy nie zbraknie czerwonego arcjańskiego. - Oberżysta z pełnym znużenia westchnieniem wstał i nalał wina do pucharu. - Późną porę wybrałeś sobie na przechadzki, przyjacielu - zauważył, podając rycerzowi puchar, który - jak Sparhawk dostrzegł - od dawna nie był myty.
- Służba nie drużba. - Pandionita wzruszył ramionami. - Pewien znajomy powiedział mi, że masz
tu na górze poddasze. Oberżysta spojrzał na niego spod oka podejrzliwie.
- Nie wyglądasz na kogoś, kto miałby do załatwienia nie cierpiący zwłoki interes na poddaszu - rzekł. - Czy ten twój znajomy ma imię?
- Nie takie, które chciałby podawać do publicznej wiadomości. - Sparhawk pociągnął tęgi łyk wina. Okazało się wyjątkowo poślednie.
- Przyjacielu, nie znam cię i nie podoba mi się twoje nazbyt pańskie obejście. Dopij wino i idź stąd! Chyba że potrafisz przypomnieć sobie jakieś odpowiednie imię.
- Mój znajomy pracuje dla człowieka o imieniu Platim. Pewnie słyszałeś o nim.
- Platim musi być spłukany. - Oberżysta spojrzał z nieco
europalety większym zainteresowaniem. - Nie wiedziałem, że ma coś wspólnego ze szlachetnie urodzonymi... oczywiście poza okradaniem ich.
Sparhawk wzruszył ramionami.
- Ma wobec mnie pewne zobowiązania - mruknął. Zarośnięty mężczyzna wciąż patrzył podejrzliwie.
- Każdy może wycierać sobie buzię Platimem - stwierdził.
- Ziomku - rzekł Sparhawk bezbarwnym głosem i odstawił puchar - to zaczyna być nudne. Albo wejdziemy na twoje poddasze, albo pójdę rozejrzeć się za strażami. Jestem pewien, że bardzo ich zainteresuje twój szynk.
Oberżysta sposępniał.
- To cię będzie kosztowało pół srebrnej korony - zdecydował wreszcie.
- W porządku.
- Nawet nie zamierzasz się potargować?
- Trochę mi się śpieszy. Następnym razem możemy posprzeczać się
o cenę.
- Zdaje się, że bardzo zależy ci na opuszczeniu miasta, przyjacielu. Nie zabiłeś chyba nikogo dzisiejszej nocy tą włócznią?
- Jeszcze nie - powiedział Sparhawk spokojnie. Oberżysta głośno przełknął ślinę.
- Pokaż mi pieniądze - zażądał.
- Oczywiście, ziomku. A potem pójdziemy na górę rozejrzeć się po okolicy.
- Musimy być ostrożni. Przy tej mgle nie sposób dostrzec nadchodzących strażników.
- Zajmę się tym.
- Tylko bez zabijania! Ta karczma jest całkiem miła, dzięki niej mam co włożyć do garnka. A jeżeli ktoś zabije tu strażnika, będę musiał ją zamknąć.
- Nie martw się, ziomku. Nie mam zamiaru nikogo zabijać dzisiejszej nocy.
Poddasze było zakurzone isprawiało
europalety -
|